Gorące tematy: Ryszard Opara: „AMEN” Smoleńsk Zostań BLOGEREM! RSS Kontakt
Uwaga! Wygląda na to, że Twoja przeglądarka nie obsługuje JavaScript. JavaScript jest wymagany do poprawnego działania serwisu!
158 postów 1035 komentarzy

Bejka

Almanzor - Bejka, to zawołanie rodzinne, z Podlasia.

Katastrofa smoleńska. Jak się pierze mózgi

ZACHOWAJ ARTYKUŁ POLEĆ ZNAJOMYM

Już półtorej godziny po katastrofie w Rosji poinformowano, że nasz tupolew z powodu mgły w Smo­leńsku cztero­krotnie podcho­dził do l­ądowania, bo prezydent Polski nie zgodził się na odlot na zapasowe lotnisko.

W 22. numerze tygodnika „Przegląd” ukazał się artykuł Roberta Walenciaka „OSTAT­NIA RO­ZMOWA” o podty­tule „Polska mogłaby z powodzeniem starać się o udostępnienie za­pisu rozmowy braci Kaczyńskich gdyby przyjąć hipotezę, że kata­strofa Tu-154 była wyni­kiem... zamachu terrorystycznego”.

Zbulwersowany treścią tego artykułu niezwłocznie skierowałem do Redaktora „Przeglą­du” tekst z nim polemizujący. Naczelny redaktor Jerzy Do­mański od­mówił autorowi umieszczenia polemiki w miej­scu gdzie krytykowane opinie zo­stały zaprezen­towane. Ponieważ poglądy przedstawione przez redaktora Walenciaka podzielają niektóre opinio­twórcze kręgi w Polsce warto się do nich ustosunkować. Przytoczę zmienione nieco w stylu ale nie w treści obszerne fragmenty z odrzu­conego przez „Przegląd” tekstu i uzupełnię specjalnie dla. Spójrzmy jak się nie­którym Polakom te­raz pie­rze mózgi.

Zaczęło się od kłamstwa rosyjskiego generała

Już półtorej godziny po katastrofie w Rosji poinformowano, że nasz tupolew z powodu mgły w Smo­leńsku cztero­krotnie podcho­dził do l­ądowania, bo prezydent Polski nie zgodził się na odlot na zapasowe lotnisko. Godzinę później pojawia się teoria, że „130 osób zabiła jedna spośród nich” z wyraźną sugestią, że winnym tego grupowego zabójstwa był prezydent RP. 5 godzin po kata­strofie krążyła już niemal standardowa diagnoza, że przyczyną kata­strofy była wina pilota. Pod­parto ją kłamstwami zastępcy szefa sztabu sił powietrznych Federacji Rosyjskiej generała Alek­sandra Aloszyna, który występując publicznie, podał informacje, jakoby „załoga samolo­tu, któ­rym leciała polska dele­gacja z prezydentem Lechem Kaczyńskim na czele, kilkakrotnie nie wy­konała pole­ceń kontrolera lotów na lotnisku w Smoleńsku”. Generał Aloszyn powiedział dzien­nikarzom, że gdy załoga nie wyko­nała polecenia szefa lotów, ten kilkakrotnie nakazał jej skiero­wanie maszyny na lotnisko zapaso­we.

Z usta­leń po­danych później przez MAK wynika, że Aloszyn mijał się z prawdą, bo dając ko­lejne zgody na zejście do 1500, 500 i 100 metrów dyspozytor smoleńskiego lotniska ani razu nie naka­zał skiero­wać tupolewa na lotnisko zapaso­we a wszystkie jego polecenia wydane naszemu piloto­wi pod­czas tego lotu były przez załogę samolotu prawidłowo realizowane. Około godzi­ny 17. w dniu katastro­fy kłamstwo Aloszyna zostało rozpropagowane przez wszystkie światowe agen­cje i na trwale ufor­mowało opi­nię mi­liardów oglądających telewizję mieszkańców Ziemi. Prawdą jest, że załoga naszego tupo­lewa nie wykona­ła tylko poleceń odejścia na drugi krąg otrzymanych od smoleńskiego kierowni­ka lą­dowania dopiero wte­dy gdy samolot kosił już drzewa smoleńskiego lasu i na manewr samolotem było za późno.

Co to jest horyzont?

W krytycznej fazie lotu operator radaru precyzyjnego tak informował pilota tupolewa (czas mo­skiewski):

10:40:38,7 D "2 na kursie i ścieżce"

a 14 -16 sekund później:

10:40:52,4 D "Horyzont 101"
10:40:54,7 D "Kontrola wysokości horyzont"

O 10:40:38,7 operator radaru poinformował pilota, że znajduje się „na kursie i ścieżce” w odle­głości 2 kilometry od progu pasa do lądowania. W przypi­sie [50] na stronie 173 raport MAK twierdzi, że operator radaru okłamał tym pilota, bo samolot według MAK miał być wtedy od progu pasa 500 me­t­rów dalej niż odległość podana załodze samolotu. Z lokacji miejsca pierwszego kontaktu można wnio­skować, że pilota wpro­wadzono w błąd również odnośnie kursu, bo samolot zamiast „po kursie” był prowadzony około 50 metrów na lewo od kierunku osi pasa.

O godzinie 10:40:52,4 operator radaru stwierdza, że obraz samolotu (101) na ekranie zbliża się do hory­zontu widzenia radaru (można to geometrycznie sprawdzić) informując „Horyzont 101”. Po dwóch sekundach zdumiony ope­rator informację tę powtórzył. Polski przedstawiciel przy MAK, dr Edmund Klich zamiast sprawdzić jakie pole widzenia miał precyzyjny radar uznał to za komendę „leć horyzontalnie” cho­ciaż taka komenda w proce­durze lądowania nie istnieje. Z dokumentacji MAK wynika jednoznacznie, że dyspozytor lotni­ska - kie­rownik lądowania - po raz pierwszy podał komendę „Odejście na drugi krąg” dopiero tutaj:

10:41:02,0 D "Odejście na drugi krąg"

niestety ta komenda nie mogła być wykonana bo samolot dwie sekundy wcześniej rozbił się o smoleńskie drzewa. Z opublikowanego za­pisu „otwartego mikrofonu”wynika, że ppłk. Plusnin będący dyspozytorem lotniska (ros. Диспетчер – w transkrypcji MAK: 'D') powtórzył ją jeszcze po 5 i 9 sekundach, ale podczas tych ko­mend załoga samolotu już niestety nie żyła. Można zrozumieć generała odpowiedzialnego za wojsko­wy personel smoleń­skiego lotniska, że fałszywą informacją o rzekomych poleceniach przerwania lądowania odwra­cał uwagę od rzeczywistych okoliczności kata­strofy ale nic nie usprawiedli­wia MAK i publikato­rów że od tego kłamstwa się nie odcinają. Pretensje do pilotów, że nie wykonali poleceń kontro­lera lotów w Smoleń­sku wydanych po ich śmierci uwa­żam za haniebne.

Jak „Przegląd” i Walenciak „mijają się z prawdą”

Redaktor Walenciak w „Przeglądzie” formułuje tę nieprawdę bardziej subtelnie niż gen. Aloszyn. Pod zacytowa­nym wyżej przedziwnym podtytułem artykułu autor jakby niewinnie zapytuje: „dlacze­go załoga zdecydowała się l­ądować w gęstej mgle, skoro wszystkie regu­laminy tego zabraniały? Dlaczego nie odleciała na lot­nisko zapasowe? Pytań jest wię­cej.” Jasne, że pytań jest więcej, ale myślę, że redaktor Domański nie godząc się na opubliko­wanie polemiki z tekstem p. Walenciaka tych pytań zadanych w jego artykule nie zrozumiał. Te pytanie uważam za insynuacje a nie za obiektywne dziennikarstwo. Po pierw­sze „załoga” o ni­czym nie decydowała. Z dokumentacji kata­strofy wynika, że o wszystkim na po­kładzie samolotu, z jednym wyjątkiem, zawsze decydował jednoosobowo dowódca samolotu. Wyjątkiem jest (zgodne z procedurą) roz­poczęcie przez 2. Pilota procedury „odchodzimy!” 10 sekund przed rozbiciem samolotu. Po dru­gie, z do­kumentacji katastrofy nie wynika, że pilot lub ktokol­wiek inny na po­kładzie samolotu „zdecydo­wał się lądować”. Decyzja, która nota bene była uzgod­niona mi­ędzy kierowni­kiem lądo­wania smoleńskiego lotniska i dowódcą samolotu, była „zejść do 100 metrów i być goto­wym do odej­ścia na dru­gi krąg”.

Nikt decyzji o lądowaniu podczas tego lotu nie podjął. Po trzecie pisanie przez p. Walenciaka „wszystkie re­gulaminy” uwa­żam za dziennikarskie nadu­życie, bo nie wska­zał on nawet jednego regu­laminu zabraniaj­ącego we mgle dokonania kontrol­nego (próbnego) podejścia. MAK na stro­nie 114 koń­cowego ra­portu wyraźnie stwierdza, że decy­zja zejścia do 100 metrów w warunkach za­mglenia była zasadna, bo samolot w przypadku nie­udanego po­dejścia (a nawet dwóch podejść!) miał dostatecz­ny zapas paliwa (na 1,5 go­dziny lotu) pozwalają­cy na wykonanie dalsze­go lotu na lotnisko zapaso­we. Jedyny warunek jaki wiązał pilota, to nie zniżanie się poniżej 100 metrów zanim zobaczy on światła oznaczające próg pasa. Uważam, że tyl­ko tym dlaczego bez decyzji dowódcy świadczącej o zobaczeniu świateł oznaczających próg pasa samolot zszedł lub spadł poniżej wyso­kości 100 me­trów nale­ży i wy­starczy się zajmować.

Co sądzi o przyczynie katastrofy prezydent Wałęsa

Autor artykułu opublikowanego w "Przeglądzie" zajmuje się ogłoszoną tuż po katastrofie hipotezą Lecha Wałęsy, że katastrofę spowodowała rozmowa tele­foniczna pomi­ędzy braćmi Kaczyńskimi. To twierdzenie do dziś nie było weryfikowane i potrzebę jego zbadania postuluje „Przegląd” piórem R. Walenciaka. Można spytać jak L. Wałęsa mógł był się zapoznać z treścią ostatniej rozmowy telefonicznej prezy­denta Kaczyńskiego. Znaczyłoby to, że prezydent Wałęsa sugeruje, że jakieś obce państwo lub polskie tajne służby podsłu­chiwały rozmowy prezydenta Polski lub jego brata tak, jakby któ­ryś z nich był podejrzany o przestępstwo i tajne służby miały do tego stosowną decyzję sądu. Oby to nie była prawda! Spróbuj­my krytycznie spojrzeć jeszcze na technicz­ny aspekt tej hipotezy w ślad za zreferowaniem jej przez re­daktora Walenciaka! Autor tam z przekonują­cym uzasadnieniem, po zbadaniu sekwencji rozmów telefonicznych wykonanych z tupolewa lokuje krótką, za­pewne ok. 60-sekundo­wą, rozmo­wę braci Ka­czyńskich na moment nieco wcześniejszy niż godzina 10:19.

Spójrzmy co się wtedy działo w kokpicie załogi! W tym locie warunkami lądowania było stwier­dzenie przez oficera obsługi lotniska widzialności poziomej wzdłuż pasa do lądowania mi­nimum 1000 metrów oraz możliwość zobaczenia przez pilota z wysokości 100 m wycelowanych w kierunku lądującego samolotu świateł reflek­torów ozna­czających próg pasa do lądowania. Wysokość 100 metrów dla podjęcia tej decyzji zo­stała narzucona załodze samolotu przez dyspozytora smoleńskiego lotniska. Na wysokości decyzji samolot powinien znaleźć się około 1 km przed progiem pasa, w pobliżu miejsca bliższej radio­stacji prowadzącej. Za doprowadzenie samolotu z właś­ciwego kierunku do tego miej­sca odpo­wiedzialny był dyspozytor smoleńskiego lotniska wspomagany przez ope­ratora zespołu dwóch lotniskowych radarów precyzyjnych prowadzących samolot po ostatniej prostej skierowanej na pas do l­ądowania zwanej ścieżką zejścia. Odpowie­dzialnym za określenie widzialności wzdłuż pasa był w Smoleńsku oficer uloko­wany przy końcu pasa do lądowania odległym około 2000 metrów od progu. Ten oficer ode­zwał się tyl­ko raz podczas sprowadzania samolotu „po ścieżce” informując załogę tupolewa 10:39:37,3  D „Pas wolny”, w momencie kiedy samolot był ok. 8 kilome­trów przed jego progiem.

Wcześniej, o godzinie 10:14:06, polski wojskowy Tu-154 (nazywany przez prowadzących samo­lot Rosjan „Po­lish Air Force 1-0-1”), wchodząc nad terytorium Rosji otrzymuje informacje z Mo­skwy, że przed trzema minuta­mi lotnisko Smoleńsk Północny zgłosiło widzialność poziomą na lotnisku tyl­ko 400 metrów. Po upływie kolej­nych trzech i pół minuty samodzielnego przemyśle­nia tej informa­cji dowód­ca statku latającego (ros. командир воздушного судна - KWS) wzywa szefo­wą stewardes (Barbarę Maciejczyk - fot.) i informuje ją o warunkach pogodowych na lotnisku docelo­wym oraz o swojej de­cyzji, że w przypadku niemożliwości (z powodu mgły) wylądowania w Smo­leńsku - „odejdzie­my” - w do­myśle na inne lotnisko.

10:17:33,9-38,2 KWS „Basiu”
10:17:40,2-40,7 KWS „Nieciekawie wyszła mgła nie wiadomo czy wylądujemy”
10:17:43,6-47,6 Stewardesa „Tak?”
10:18:09,2-11,4 A „A jeśli nie wylądujemy to co?”
10:18:13,0-14,4 KWS „Odejdziemy”

W lotnictwie cywilnym poinformowana o takich okolicznościach odpowiedzialna stewardesa nie­zwłocznie przez mikrofon przekazuje wszystkim pasażerom informacje otrzymane od dowód­cy sa­molotu. Nic nie wskazuje, aby w wojskowym samolocie, jakim był nasz tupolew, obowiązy­wała inna procedura. Jest bardzo prawdopodobne, tak jak sugeruje redaktor Walenciak, że pre­zydent Ka­czyński usłyszawszy nagle informacje o możliwym odlocie na inne lotnisko zadzwonił wtedy (ok. godziny 10:18) do brata po jednominutową konsultację. Możliwe że wezwał do siebie na konsultację generała Błasika. Pomimo jasnego kontekstu rozmowy do­wódcy z przywołaną specjalnie szefową stewardes pan Walenciak przemilczając kon­tekst sugeruje jakoby z pytaniem A jeśli nie wylądujemy to co?” włączyła się jakaś niezna­na, „czu­jąca się w kabinie pi­lotów bardzo swobodnie”, osoba.

Artykuł w „Przeglądzie” opisuje jak w trakcie tej rozmowy jedenaście sekund po słowie dowódcy samolotu „odejdziemy” ktoś w kokpicie (być może nawet sam dowódca samolotu - bo znów nie wia­domo dla­czego „niezidentyfikowany”), pyta drugiego pilota „ile mamy paliwa?”. W tym miej­scu p. Walen­ciak, nie mając żadnych podstaw, nierozpoznanemu przez odsłuchujących w doku­mentacji głosowi pytającemu o paliwo przypisuje oso­bowość „niezidentyfikowanej osoby dyry­gującej wręcz pilotami”. Ze zdziwieniem laika R. Walenciak pi­sze, że „najważniejsi pasażerowie samo­lotu byli na bieżąco informowani o sytuacji”. Gdyby p. Walenciak kilka razy przeleciał się samo­lotem komunikacyjnym, to mógłby pewnie zauważyć, że informowanie przez załogę samo­lotu wszystkich pasażerów o sytuacji lotu jest czym normal­nym.

Dowódca samolotu, kapitan Protasiuk, podejmował decyzje w sposób nie podlegający dyskusji suwerennie nawet igno­rując dowcip­ne lub techniczne propozycje starszego od niego stopniem drugiego pilota ma­jora Grzywny, sugerującego na przykład:
10:21:17,6 2P "Ty patrz po kierunku Arek, wysokość po odległości ci czytać?" 
Z transkrypcji wynika jeden tylko moment, kiedy dowódca tupolewa zaakceptował podpowiedź swojego kolegi lecącego na prawym fotelu pilotów. Kiedy równocześnie zgłosili się przez radio do rozmowy z tupolewem dyspozytor lotniska i pilot stojącego tam JaK-a dowódca przyjął propozy­cję 10:24:23,5 2P "Arek ty gadaj, ja przejdę" drugiego pilota, aby dowódca rozmawiał z wieżą lotniska, a drugi pilot z pilotem JaK-a. Innej sugestii od kogokolwiek na pokładzie, która mogłaby wpłynąć na jakąś decyzję dowódcy tupolewa dokumentacja katastrofy nie zawiera.

Nie odwracając uwagi od prowadzenia samolotu, działając zgodnie z przekazaną swoją zakomu­nikowaną pasaże­rom poprzez stewardesę decyzją, dowódca wydaje załodze komendy przygoto­wujące samolot do próbnego podejś­cia do lądowania. Pięć minut później dowódca polskiego wojskowego tu­polewa (Po­lish Foxtrot 1-0-1) nawiązuje kontakt z dyspozytorem (D) - kierownikiem lądowania smoleńskiego lotniska (Korsaż), podając w międzyczasie swojej załodze kolejne kursy lotu: 78, 80, 99 stopni mylnie początkowo przez polskich komentatorów GW i ND uważane za komendy procentów redukcji ciągu silników. Inżynier pokładowy (B/I) potwierdza wy­konanie poleceń dowódcy.

Z treści dokumentu MAK wynika, że cytowany wcześniej generał Aloszyn kłamał. Polece­nia ani nawet su­gestii odlotu na inne lotnisko nie było. Dyspozytor (kierownik lądowania) lotni­ska w Smoleńsku zgłasza się o go­dzinie 10:23:33,7 do wywołującego go dowódcy tupolewa. Po usły­szeniu od naszego dowódcy informacji o locie sa­molotu w stronę dalszej radiostacji prowa­dzącej, dyspozy­tor smoleńskiego lotniska pyta dowódcę tupolewa o za­pas pali­wa oraz sprawdza jakie w tym locie wyznaczone są lotniska zapasowe. Dowódca samolotu informuje, że dla tego lotu wyznaczone są dwa lotniska zapasowe w Witebsku i w Mińsku. Przyjmując do wiadomości informa­cje do­wódcy tupolewa o wysokości lotu, o zapasie paliwa i o lotniskach zapasowych dys­pozytor – kierownik l­ądowania smoleńskiego lotniska powtarza znane już załodze samolotu in­formacje o istniejącym w tym czasie za­mgleniu w Smoleńsku (określa widzialność na 400 m). Po upewnieniu się, że dowódca samolotu ostrzeżenie o mgle zrozumiał dyspozytor wyraża zgodę na jego zejście do 1500m. Wkrótce pozwoli a nawet będzie ponaglał aby zejść do 500 i w końcu do 100 me­trów.

W opublikowanej przez MAK dokumentacji lotu nie ma żadnego śladu jakiejkolwiek ingerencji kogoś postronnego w proces wspólnego z dyspozytorem lotniska podej­mowania decyzji przez dowódcę. Na ziemi w podejmowaniu decyzji pomagał płk. Kra­snokutski, któremu z kolei podpo­wiadał jakiś „towarzysz generał”. Sugerowanie przez autora „Prze­glądu” i niektórych komentatorów (na przykład Johna Kowalskiego w S24) ingerencji w ten proces decyzyjny kogo­kolwiek z załogi lub pasażerów samolotu jest pozba­wioną podstaw insynu­acją. Idąca dalej niż MAK gorliwość pana Walenciaka w sugerowa­niu ła­mania podstawowej za­sady suwerenności dowódcy samolotu w podejmowania decyzji podczas lotu oraz ochrona przez Naczelnego „Przeglą­du” autora tekstu przed publicznym przedstawieniem mu dowodu, że po­daje nieprawdę są tu zasta­nawiające. Ktoś mógłby mniemać, że kłamliwa su­gestia Aloszyna o posiada­niu przez Rosjan dowodów, że kata­strofę spowodowała ingerencja pa­sażerów tupolewa mogła być taktycznym zagraniem Rosjan aby skłonić polski rząd by bezkrytycznie przekazać im prowa­dzenie dochodze­nia w oczekiwaniu na uzyskanie propagandowych dla siebie korzyści.

"Możecie spróbować jak najbardziej"

Niektórzy, wiedząc że podejście do lądowania zakończyło się tragicznie, już po katastrofie, zaczę­li twierdzić, że piloci nie powinni ryzykować ale odlecieć wtedy gdzie indziej. Czy wobec tego de­cyzja kierującego lądowaniem dys­pozytora smoleńskiego lotniska aby wykonać prób­ne podejście była słuszna? Podczas podej­mowania tej decyzji drugi pilot rozmawia z do­wódcą JaK-a, który wy­lądował w Smoleńsku wcześniej. Pilot JaK-a bez niczyjego nacisku infor­muje załogę tupolewa, że aczkolwiek warunki po­godowe są obecnie trudne, to rów­nocześnie stwierdza: „po­wiem szczerze, że możecie spróbować jak najbar­dziej”. Wielu kłamało jakoby dowódca JaK-a lub ktokolwiek inny z ziemi odradzał do­wódcy tupo­lewa próby lądowania w Smoleńsku. Znający jak mało kto aktualne warunki lądowania w Smoleńsku pilot JaK-a suge­ruje odejście na zapaso­we lotnisko dopiero wte­dy, gdyby dwa po­dejścia do lądowania się nie udały. Podaje zało­dze tupolewa informa­cje, że lotni­sko zostało przy­gotowane do lądowania we mgle przez ustawienie dobrze widocznych specjal­nych re­flektorów ułatwiających lądują­cemu pi­lotowi znalezienia we mgle miejsca progu pasa. Nic nie wskazuje na to, że do­wódca tupolewa po­winien zignorować sugestie kolegi stojącego wtedy na lotnisku. Pilot JaK-a ra­dzi kole­gom z tu­polewa: „należy spraw­dzić warunki, ale gdyby dwukrotnie nie było warunków do lądo­wania to odlećcie na lotnisko zapasowe”. Chyba nikt nie śmie zakwestio­nować pra­widłowości decyzji spraw­dzenia ak­tualnej widzialności, a w przypadku dwukrotnej niemożliwo­ści lądowania odej­ścia na lot­nisko za­pasowe. Nawet gdyby ktoś z pasaże­rów konsul­tował wte­dy dowódcę tupolewa – co w świetle opublikowanych gło­sów z kabiny jest niepraw­dopodobne – to decyzja dyspozytora lotniska podjęta na wniosek dowódcy samolotu o dokonaniu próbnego podejścia została podjęta opty­malnie. Nawet krytycz­ny wobec na­szych pilotów raport MAK nie ma za­strzeżeń do poprawności tej decyzji.

Dowódca samolotu raz tylko próbował skonsultować się z cywilnym dyspo­nentem samolotu za­dając pytanie „co będziemy robili?” jak się okaże, że nie można wylądować. Nie dostał jednak na to pytanie odpowiedzi tylko infor­mację, że: 10:30:32,7 A "Na razie nie ma decyzji prezydenta,co dalej robić (dyrektor Kazana)". Reasumując należy podkreślić, że decyzja wykonania próby lą­dowania, niezmieniona zresztą do koń­ca, była słuszna i optymalna bo mgła nie jest ani stanem stałym ani czymś jednorod­nym.

Jest dostępna fotografia satelitarna tej smoleńskiej mgły zrobio­na z satelity NASA Terra tuż po katastrofie. Rozległa wtedy na obszarze ponad 2000 km² na po­łudnie od Smo­leńska mgła składała się z wielu obłoków pomię­dzy którymi widzial­ność znacznie przekraczała wymagane 1000 metrów i samolot miał szansę w taką przerwę tra­fić. Eksperci MAK nie mają zastrzeżeń do zezwolenia wykonania próbnego podejścia ani do decyzji dowódcy samo­lotu pod­czas tego lotu aż do „czwartego zakrętu” i wejścia samolo­tu „na ścieżkę” prowa­dzącą na pas do lądowa­nia. Szkoda że konsekwentnie MAK nie opublikował analizy szczegółowych informacji o wszystkich zdarzeniach podczas lotu „na kursie i ścieżce”, które mogły spowodować katastrofę. A zare­jestrowano wte­dy zdarzenia bardzo interesujące.

Tragedia, w wyniku której samolot spadł na ziemię, nie wydarzyła się bezpośrednio po rozmowie braci Kaczyń­skich ani nie była jej rezultatem - co z uporem godnym lepszej sprawy sugerują pa­nowie Wałęsa i Walenciak - ale zdarzyła się niespodziewanie dopiero w ostatnich 110 se­kundach lotu. Jest to jednak temat dla odrębnego omówienia.

Kolejny obciach polskiej prokuratury

Na zakończenie dywagacji o rzekomym nacisku „niezidentyfikowanych osób” w samolocie na de­cyzję dowódcy tupolewa i dyspozytora lotniska o wykonaniu próbnego podejścia do lądowania „Przegląd” tekstem redaktora R. Walenciaka wraca do hipotezy spiskowej Le­cha Wałęsy. Tygo­dnik infor­muje, że polska proku­ratura wojskowa zamiast zapytać o źródło tych informa­cji samego L. Wałęsy zwróciła się o pomoc prawną do USA, Rosji i Białorusi po­przez ujawnienie zarejestro­wanej przez te państwa treści ich podsłuchów rozmów braci Kaczyń­skich. „Przegląd” nie pisze czy Prokuratura z tym pytaniem zwróciła się też do którejś z wielu polskich tajnych służb.

Ten międzynarodowy krok wygląda na kolejny obciach polskich prokuratorów. Rok temu Proku­ratura, zamiast zapytać jakiegoś polskiego studenta znającego podstawy fizyki atmosfery, zwró­ciła się do Departa­mentu Sprawiedliwości USA (//tnij.org/gw-mgla) z zapytaniem o możli­wość wywołania w regionie smole­ńskim sztucznej mgły. Sztucznej mgły na obszarze ponad 2000 km² i grubej do 400 metrów! (//tnij.org/obciachy).

Warto przy tej okazji zastanowić się nad celem działań polskiej prokuratury. W przewidywanym w niedalekiej przy­szłości procesie karnym o spowodowanie wypadku ze skutkiem śmiertelnym dla 96 osób, jaki się odbędzie przed rosyjskim sądem, wątki jakie po­ruszył artykuł R. Walen­ciaka mo­gą być wzięte pod uwagę przy wydawaniu wyroku.

Nie­zależnie od zakli­nań niektórych polskich gremiów, proces odbyć się będzie musiał przed sądem rosyjskim - wła­ściwym dla miej­sca katastrofy. Oskarżenie wniesie więc rosyjska prokuratura. Jest bardzo praw­dopodobne, że na podstawie rapor­tu MAK o spowodowanie katastrofy oskarżone zostanie pań­stwo polskie. Jedyne co nam zostaje to obrona, obro­na poprzez wykazywanie fałszów w ra­porcie MAK. Prokuratura polska, jak to stwierdza artykuł red. Walenciaka, idzie w inną stronę. Podsu­wa argumenty przeciwko Polsce, o których nawet nieżyczliwy nam i mający wiele cech stronni­czości raport MAK nie wspomina. Ale czy to będzie miało dla wyroku znaczenie? Ciekawe czy ro­syjska prokuratu­ra zechce zaangażować polską prokuraturę wojskową jako oskarżyciela posiłko­wego. Wydaje się, że zamiast pasjonować się badaniami okoliczności smoleńskiej katastrofy przez pol­skich prokura­torów Polska powinna zabiegać o dobrego rosyj­skiego adwokata. Mam nadzieję, że będzie potrafił on wykazać zarówno kłamstwa MAK jak i fał­sze w skierowanych przeciwko Polsce sugestiach przeróżnych pożytecznych idio­tów.

To co zarejestrowały czarne skrzynki tupolewa podczas 110 sekund lotu „na kursie i na ścieżce” - a nie jest dotychczas powszechnie znane - postaram się opisać innym razem.


 

KOMENTARZE

  • Sowiecko-rosyjska agentura w PRL-bis w działaniu...
    * * *
    Kiepski „Przegląd” jest tu typowym przykładem jak miłośnicy sowieckiej bolszewi i tow. Putina z KGB — dezinformują społeczeństwo...

    *
  • Przegląd jest jaki jest, szkoda raczej polemizować, ale bywa że opiszą coś b. ciekawego jak MDG - minimalny dochód gwarantowany
    To proruskie lobbies i tyle, a Walenciaka szczególnie nisko oceniam, typowy redaktor wpływu, dobrze że MAŁEGO wpływu, bo gdyby ktoś taki np kierował TVP... mój Boże!

    Od lat go obserwowałem w TV i wyjątkowo mi podpadł "przystojniak" sztucznie się uśmiechający, wiecznie wesoły. On chce jakiegoś innego państwa, a ja chce Polski. Wieczny konflikt, ale to nie jest nic złego w demokracji, ale jej sedno. Najgorsze że oni nie graj fer i to podważa wszelkie reguły. My też w końcu przestaniemy się z NIMI pieścić.

    Co do spiskowych wstawek o rozmowie braci Kaczyńskich, to mam swoją hipotezę. Otóż służbom zapewne ta treść jest od dawna znana i poprzez takich swoich dystrybutorów jak Wałęsa, jak media typu Przegląd... próbują przygotować opinię publiczną na ostateczną sensację, czyli np namawianie przez Jarosława do lądowania, czy do stanowczego lekceważenia ewentualnych trudności, prowokacji itd Mógł coś takiego powiedzieć w dobrej wierze spodziewając się prowokacji, utrudnień i nie będzie to dla NAS nic dziwnego. Nie potwierdza jednak żeby coś takiego mówił, oby tak było. Jednak dla drugiej strony ewentualna taka "sensacja" stanie się świętym, "niepodważalnym" dowodem na lot kamikaze na własne życzenie. Ci zdrajcy (bo to głupcy nie są!) chcą "udowodnić" iż załoga i sam śp Prezydent chcieli się zabić. Tak to wygląda. Kreują "dowód" na wypadek z winy Polaków. Kto? Polacy przeciw Polakom? Zagranica z użyciem swoich ludzi, nie nazywajmy każdego drania agentem, bo to nobilitacja łajz. Agent to jest ktoś, oni są kolaborantami jeno systemu III RP.

    Gratuluję merytorycznego tekstu, więcej trzeba takich na NE.

    Proszę wyłuszczać wątki całkiem nowe, czy mało znane.

    Jeszcze coś.

    "Jest dostępna fotografia satelitarna tej smoleńskiej mgły zrobio­na z satelity NASA Terra tuż po katastrofie. Rozległa wtedy na obszarze ponad 2000 km² na po­łudnie od Smo­leńska mgła składała się z wielu obłoków pomię­dzy którymi widzial­ność znacznie przekraczała wymagane 1000 metrów i samolot miał szansę w taką przerwę tra­fić."

    To jest przykład jak nasze państwo funkcjonuje w realiach II RP. Przecież jako sojusznik "strategiczny" USA-Izraela, członek NATO powinniśmy mieć online dostęp do takich danych nawet podczas lotu żeby podjąć właściwą decyzję. Dlaczego nie było dostępu do satelitów, czy Polska jest w ogólne poważnie traktowana przez sojuszników? Czy sami się poważnie traktujemy? Przecież niektóre satelity są dostępne dla wszystkich, w każdym razie po opłaceniu jakiegoś abonamentu. Nie stać było na to kancelarii prezydenta na własną rękę dla bezpieczeństwa? Czy ktoś w ogóle wiedział tam o warunkach w Smoleńsku na podstawie danych satelitarnych? Tylko dane miały nam starczyć na gębę, na oko od pilotów zwiadowczego JAKA, który wylądował jak szybowiec we mgle szorując po drzewach w poszukiwaniu pasa, którego TEŻ nie widzieli... ale mieli więcej szczęścia i nie byli CELEM.

    Dla mnie to jest zamach i spisek. Zamach terrorystyczny (jak ten libijski nad Szkocją) to nie był, ale GEOPOLITYCZNY, geostrategiczny. Niesłychana zbrodnia porównywalna z tym czego doświadczaliśmy jako kraj poddawany rozbiorom, czy w latach 1939-45, ustawka międzynarodowa z udziałem wielu zdrajców z Polski, w tym zapewne z otoczenia śp Lecha Kaczyńskiego niestety też. Tego PiS nie będzie drążył, to chyba oczywiste, ale MY musimy znać wszystkich sprawców.

    Historia się powtarza. Zabito generała Sikorskiego przecież. To także wtedy zmieniło historię Polski, Europy i świata. Podobnie jak teraz wpadamy w orbitę Rosji coraz głębiej, ale Rosja sama tego nie kreuje, nie ryzykowaliby aż tak bardzo. To jakiś większy deal.
  • @Marek Kajdas
    "Czy ktoś w ogóle wiedział tam o warunkach w Smoleńsku na podstawie danych satelitarnych? " - a gdzie było zabezpieczenie BOR?

    Borowcy "zabezpieczający" wizytę delegacji w dni 10 kwietnia 2010 ( to ilu tych borowców było? jeden? dwóch? zawieszony w obowiązkach kierowca BOR pracownik Ambasady) mogli (gdyby chcieli) przekazać informacje na temat warunków pogodowych. Może BOR ma inne zadania od tych statutowych jak ochrona Rządu RP?
  • Dlaczego te durnie i inne Walenciaki rzucają swe durnowate pytania
    w powietrze zamiast pytać u źródła, czyli u ekspertu Jerzu Milleru ? Jego raport rzekomo jest gotowy i zamiast leżeć na biurku Tuska niech stanie się przedmiotem konferencji prasowej Millera dla mainstreamowych żurnalistów.

    Była taka konferencja ? Od tzw. katastrofy minęło 15 miesięcy ale chyba takiej akurat nie było bo ciągle ma być. Tak jak raport, który "ma być" opublikowany, tylko niewiadomo jeszcze kiedy i reformy państwa przeprowadzone przez rząd PO, które niby obiecane były ale do tej pory nikt ich nie widział. UFO, cholera jasna czy inny pieron ? ...

    Dlatego pismaki piszą i gadają pierdoły bo jak nie ma kto ich poinformować, to się zajmują plotkarstwem.
  • Walenciak?
    Toż to jedna z większych kreatur dziennikarskich. Piewca peerelu, zakochany w Jaruzelu, Kiszczaku i całej pezetpeerowskiej bandzie.
  • Kłamstwa publiczne powinny być karane!
    Dlaczego w naszym kraju nie obowiązuje kodeks karny dla wypowiadanych i pisanych obelg,kłamstw i gróżb wyrażanych z premedytacją?
    Czy rzeczywiście jesteśmy tym "dzikim krajem"wg.definicji p.Drzewieckiego?
    Cała IIIRP jest zbudowana na kłamstwie/"okrągły stół"/na antywartościach,które zaczęły być obowiązujące w celu otumanienia społeczeństwa.Poprostu dla "trzymających władze" liczy się tylko kasa
    a dla społeczeństwa odgrywany jest CYRK!
    Ale skoro nie myślące społeczeństwo akceptuje ten CYRK to "róbta co chceta" by "żyło się lepiej".....komu?
  • @Okowita
    Okazało się, że Robert Walenciak i cała redakcja "Przeglądu" są antypolskimi, bolszewickimi szmatami! Nie znajduję innych słów, na określenie tych hien cmentarnych ...
  • @Almanzor
    "Dowódca samolotu raz tylko próbował skonsultować się z cywilnym dyspo­nentem samolotu za­dając pytanie „co będziemy robili?” jak się okaże, że nie można wylądować. Nie dostał jednak na to pytanie odpowiedzi tylko infor­mację, że: 10:30:32,7 A "Na razie nie ma decyzji prezydenta,co dalej robić (dyrektor Kazana)". "


    Dla mnie jest oczywiste, że zapytanie dotyczyło wyboru pomiędzy lotniskami zapasowymi, dokąd lecieć, a nie CZY lądować!

    Pozdrawiam.
  • @1normalnyczlowiek
    Dla mnie też. Zwłaszcza że wybór lotniska Witebsk czy stolica Białorusi albo stolica Rosji byłby (trudną) decyzją pollityczną. Z treści rozmów wynika, że Prezydent na podjęcie tej decyzji miał jeszcze pół godziny aby podjąć ją po drugiej próbie lądowania.
  • @Marek Kajdas
    >/"próbują przygotować opinię publiczną na ostateczną sensację, czyli np namawianie przez Jarosława do lądowania, czy do stanowczego lekceważenia ewentualnych trudności, prowokacji itd Mógł coś takiego powiedzieć w dobrej wierze spodziewając się prowokacji, utrudnień i nie będzie to dla NAS nic dziwnego. Nie potwierdza jednak żeby coś takiego mówił, oby tak było..."/

    W tym sęk, że nawet MAK w swoim raporcie nie ma żadnego zastrzeżenia do decyzji zejścia do 100 metrów. Wprawdzie w swoim raporcie tłumaczy to po sowiecku ale z tego wynika, że nawet gdyby dowódca samolotu działał pod wpływem rad kogoś spoza załogi (na co nie ma dowodu), i podjął decyzję słuszną, to rady te nie mogły być powodem katastrofy.
    Powodu tego należy szukać gdzie indziej!
  • @Almanzor
    z niecierpliwością czekam na cdn.

OSTATNIE POSTY

więcej

ARCHIWUM POSTÓW

PnWtŚrCzPtSoNd
1234567
891011121314
15161718192021
22232425262728
293031    

ULUBIENI AUTORZY